Zawirowało mną i… zapomniałam o sobie.

with 5 komentarzy

Wpadłam w pułapkę.

Nic szczególnego, a jednak.

Wszystko zaczęło się na koniec sierpnia – przygotowaniem nowego roku szkolnego. Co prawda książki dla mojego ucznia w tym roku zapewniła już szkoła, ale organizacja pozostałej wyprawki, a zwłaszcza przedszkolnej, okazała się nie lada wyzwaniem. Bo w tym roku do przedszkola poszedł mój drugi syn.

No właśnie – z racji tego, że w mojej wsi nie ma szkoły podstawowej, ani przedszkola, to zapisując czterolatka, który jeszcze nie jest objęty obowiązkiem ustawowym, zgodziłam się na to, żeby samodzielnie go wozić. Tyle, że zgodę wyrażałam w marcu. I głęboko wierzyłam w to, że do września zdam egzamin na prawo jazdy.

Niestety, nie zdałam.

Właściwie to trochę nawet odpuściłam w wakacje. Po nieudanej próbie w lipcu pomyślałam, że muszę odpocząć od stresu egzaminacyjnego i… jakoś tak zleciał czas wakacji. Dopiero na sam koniec sierpnia pojechałam do WORD umówić kolejny termin.

Egzamin ostatecznie zdałam w połowie września i jestem z tego powodu bardzo dumna. Ale plastiku jeszcze nie dostałam. Czekam.

A to jest problem. Zaraz się dowiesz dlaczego.

W ostatnim tygodniu sierpnia zaczęłam wozić syna do przedszkola na zajęcia integracyjne. Okazało się, że przedszkole nie jest jego ulubionym miejscem, dlatego na początku zostawałam z nim. Potem już zostawał sam, ale tak czy inaczej musiałam go wozić. Komunikacją publiczną. A więc pokonanie trzykilometrowej drogi do przedszkola zabierało mi godzinę przed południem i godzinę popołudniu. Samochodem zajmuje to w sumie kwadrans.

Starszy syn bez problemu już korzysta z autobusu szkolnego i jego wozić nie trzeba. Ale okazało się, że przejście z etapu małego ucznia klasy trzeciej na etap „dorosłego” ucznia klasy czwartej było dość trudne. Bo już nie ma jednej pani, która pokieruje, wskaże, pomoże. Trzeba samodzielnie przechodzić z klasy do klasy, trzeba pakować plecak już inaczej – według planu, bo już nie ma jednej książki do wszystkiego. Jest więcej zajęć pozalekcyjnych, na wyższym poziomie… Fizycznie syn to ogarnął bez żadnego problemu. Ale emocjonalnie potrzebował więcej wsparcia niż zwykle. Pojawiły się u niego nowe emocje i potrzeby, żeby te emocje nazwać, nadać im kształt i przepracować.

Poza tym podjęliśmy decyzję o kontynuacji nauki programowania w pobliskim mieście, a tam już nie dojedzie sam autobusem szkolnym. A to dla mnie oznacza kolejny dowóz. Komunikacją publiczną. Kolejne godziny.

Oczywiście, żeby nie było zbyt nudno, w tym miesiącu też dostawałam kolejne wezwania z przychodni – a to szczepienie, a to bilans, a to moje wyniki trzeba skonsultować… Przychodnia jest obok przedszkola. Ale nie mogłam załatwiać wszystkiego „przy okazji”, bo lekarze nie przyjmują cały dzień, tylko w określonych godzinach. Czyli znów komunikacja publiczna. Rano do przedszkola, po godzinie powrót. Godzina w domu, a potem do przychodni, po godzinie powrót. Po około kolejnej godzinie do przedszkola, i po godzinie powrót… Na szczęście nie było tak codziennie, tylko raz w tygodniu, ale dało mi to w kość.

Do tego oczywiście jeszcze na początku września wykupiłam kilka godzin jazdy, żeby się dobrze przygotować do egzaminu. Dałam radę dzięki nieocenionej pomocy babci – nie mogłabym jeździć z małą na tylnym siedzeniu.

Sama w końcu zaczęłam emocjonalnie siadać i pomyślałam, że część ze swoich emocjonalnych potrzeb zaspokoję przytulając córkę – więcej niż zwykle. Bo to jest pierwszy czas w jej dwuipółletnim życiu, kiedy ma mamę na wyłączność, tylko dla siebie, przez kilka godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Z nikim nie musi się tą mamą dzielić. Pomyślałam więc, że będzie z tego korzystać aż do przesady.

Okazało się, że ona wcale tego nie potrzebuje. Ona woli być z rodzeństwem, z dziećmi. Przez pierwsze kilka dni września co rano sama pakowała swoje rzeczy i oznajmiała, że ona też idzie do przedszkola.
Poza tym w tym miesiącu zaliczyłam jeszcze awarię internetu i kilka mniejszych awarii innej technologii.

Miałam dość i zaczęłam czuć frustrację. Tym bardziej, że cały czas miałam świadomość, że zaniedbuję swoje czytelniczki. Mój zły stan emocjonalny wyczuły dzieci, które w dodatku po zmianie pogody zaczęły chorować. I zamiast jak do tej pory bawić się wspólnie, zaczęły robić sobie na złość i toczyć regularne wojny. Na pięści, na zęby, na wyrywanie włosów… Dom zmienił się w miejsce, z którego każdy z nas chciał uciec. Bo w tych warunkach nie dało się ani wypocząć, ani pracować…

magdalenarolnik.pl_Nie ogarniam!

W końcu dotarło do mnie, że muszę się zatrzymać i zastanowić nad tym, co się dzieje. Bo wszystko zaczyna mnie przerastać.

Uświadomiłam sobie jedną, bardzo ważną rzecz. Przestałam odpoczywać.

Niby nic wielkiego. Kilka minut dziennie tylko dla siebie. Ale ten, z pozoru niewielki, brak wpłynął kolosalnie na życie całej rodziny.

Dlatego najpierw wróciłam do odpoczynku, a dopiero kiedy nabrałam odpowiednią ilość sił i dobrej energii, zaczęłam porządkować resztę sfer swojego życia i życia całej rodziny. I dopiero teraz wrócę do pracy nad książką, którą napisałam dla ciebie wraz ze znakomitymi koleżankami. No i zajmę się e-bookiem, który pomoże ogarniać dom niewielkim nakładem codziennej pracy. I dlatego dopiero teraz napisałam ten artykuł.

Przykro mi, że musiałaś na niego długo czekać. Przepraszam.

Ale to kolejny dowód na to, że mama to też człowiek, a nie maszyna do obsługi całej rodziny.

A już wkrótce kolejne artykuły – o byciu perfekcyjną mamą i o tym, że jestem feministką. Zapraszam!

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.