Markowe ciuchy – nowe czy używane? A może spod marki własnej?

with 2 komentarze

Znam ludzi, którzy mają takiego bzika na punkcie markowych ubrań, że potrafią na nie wydać fortunę. Pomimo tego, że ubrania nie są ani gustowne, ani stylowe, ani nawet ładne… ale są z najnowszej kolekcji, kupują je i noszą kiepsko zestawione ze sobą.

Takie osoby na hasło „lumpeks” dostają dreszczy. Otrząsają się z obrzydzeniem jakby chciały strząsnąć karalucha z ramienia. Zastanawiam się skąd bierze się w tych ludziach takie myślenie.
Czy to brak wiary w siebie? Niska samoocena? Jakieś problemy wewnętrzne? Nie wiem. Nie jestem w stanie tego sprawdzić, nie jestem psychoanalitykiem.

A może to ze mną jest coś nie w porządku? Zawsze oceniam ubrania pod kątem tego, czy są dobrze skrojone, jakiem mają kolory i czy będą na mnie dobrze wyglądać. I nie ma znaczenia ile to kosztuje i jaką ma metkę. Nie mam też problemu z kupowaniem odzieży w sklepach z tanią odzieżą używaną.

Nie tylko zresztą ja. Dowodem na to jest 8 (słownie: osiem) takich sklepów w mojej najbliższej okolicy, czyli na mojej, niezbyt długiej, ulicy i pobliskim ryneczku. Wszystkie one trzymają się dzielnie i mają zadowalające obroty. Czyli może nie tylko ja nie mam problemu z zakupem używanej odzieży?

Są tylko dwie rzeczy, których tam nie kupię. Bielizna i buty. Jednak obie są tak intymne, że jednak nawet po wygotowaniu, czy dezynfekcji nie potrafiłabym się przełamać. Wolę mieć swoje.

We wszelkich sklepach właśnie z odzieżą używaną kupuję dużo markowych ubrań. Są one w większości w naprawdę świetnym stanie. Fakt, że niekoniecznie podążają za modą, mimo to nie przeszkadza mi to. Razem z mężem ubieramy się raczej klasycznie, w kolory w których czujemy się dobrze, więc aktualna moda średnio mnie interesuje.

Oczywiście sporo też kupuję dla dzieci. Uważam, że zakup nowych, markowych ciuchów dla rosnących chłopców to kompletna głupota. Oczywiście, moi chłopcy mają komplety ciuchów „wyjściowych”, jak biała koszula, granatowe lub czarne spodnie, jakiś elegancki sweterek, ale to wszystko jeśli chodzi o nowe ubrania. Dresy, które po kilku wyjściach na podwórko lub po tygodniu w przedszkolu są w naprawdę opłakanym stanie, bluzy i spodnie kosztowałyby mnie fortunę. Wolę więc kupić używane, w dobrym stanie, nierzadko markowe i pozwolić im je po prostu „wykończyć”. Dzięki temu budżet rodzinny nie jest na minusie, a cała rodzina ma co ubrać.

Zasady dotyczące butów i bielizny stosuję również do reszty członków mojej rodziny.

Zupełnie inną kategorią jest własnoręczne robienie ubrań. Niestety, nie umiem szyć. Jako nastolatka uwielbiałam szyć ciuchy dla lalek i misiów, ale zawsze robiłam to ręcznie. Maszyna stała w domu, ale jakoś nigdy się nie nauczyłam jej obsługiwać. Czasem tego żałuję. Zwłaszcza kiedy na jakąś okazję mam ochotę założyć zwykłą, ołówkową spódnicę, ale w związku z aktualną modą nigdzie nie można takiej kupić. No, może w butikach, gdzie możne je dostać tylko w kolorze czarnym i za sumę często przekraczającą mój miesięczny budżet na jedzenie.

Z tego okresu została mi tylko umiejętność robienia na drutach. Dzięki temu choć część naszych ubrań jest oryginalna. A już na pewno zestawy czapko-szalikowe. Są jeszcze swetry, ale tu wachlarz możliwości się kończy jeśli chodzi o moich chłopców.

Postanowiłam jednak, że może w końcu nauczę się szyć w tegoroczne wakacje. Do końca maja mam czas na poszukanie maszyny do szycia. Muszę najpierw się dowiedzieć jaką powinnam kupić. I gdzie.

A jakie są wasze sposoby na kupno ubrań? Kupujecie tylko markowe? A może chińskie? Ostatnio w wielu miastach powstały typowo chińskie sklepy. Czy może którejś z Was się chce i szyje? Podzielcie się w komentarzach.

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.