Lepiej być niż mieć

with 1 komentarz

Ta objawiona prawda dotarła do mnie i wyryła się w moim umyśle niczym meteor wybijający dziurę w Ziemi w momencie, kiedy w moim domu pojawiły się małe dzieci. Już pierwszy syn bardzo szybko nauczył mnie, że lepiej zrezygnować z drogich przedmiotów na rzecz takich, których nie żal wyrzucić.

Od tego czasu niewiele sytuacji jest w stanie mnie zdziwić lub wyprowadzić z równowagi. Dlatego spokojnie wyrzuciłam nową, pierwszy raz ubraną przez dziecię bluzeczkę, kiedy to owo dziecię odkryło do czego służą nożyczki. Oczywiście te „bezpieczne”, czyli zaokrąglone. Ale jednak na tyle ostre, żeby poradzić sobie z bawełną. Spodnie, które po jednym spacerze z klasą pierwszaków zostały bez kolan? A co tam – zawsze można je skrócić. Zgubiony bucik, pokolorowana książka, potłuczone doniczki… wszystko da się odkupić, byleby drogie nie było. W dodatku od kilku miesięcy mamy w domu psa, a więc nic co pogryzione nie jest mi obce. Ale muszę przyznać, że na widok ostatniej artystycznej działalności mojego syna dech mi zaparło. Wystarczyło kilka minut i świecowe kredki, żeby powstało coś tak pięknego:

panele i kredki swiecowe

Pokój został chłopcom przekazany miesiąc temu, więc o wymianie paneli raczej mowy nie było. Zaczęłam więc szukać porad jak się dzieła pozbyć. I tak:

– benzyny nie miałam pod ręką

– alkohol zostawiał podejrzane ślady

– oliwka w małych ilościach nie działała, a większe ilości wolę wylewać na siebie i dzieci niż na podłogę

– żelazko odpadło w przedbiegach, ponieważ wosk bez problemu by się wchłonął, ale barwnik raczej nie

– szczotki wolałam nie używać, ponieważ panele co prawda mają przyzwoitą klasę ścieralności (AC4) i drogie nie były, ale mimo to wolałam nie ryzykować.

W akcie desperacji sięgnęłam po chusteczki nawilżane, delikatne. Takie dla niemowląt. Ku mojemu zaskoczeniu – zadziałało! Po trzech godzinach wytężonej pracy podłoga wyglądała całkiem przyzwoicie:

panele i kredki swiecowe

Kiedy tak wycierałam te panele, zaczęłam się zastanawiać czy dobrze robię wycierając tymi chusteczkami pupy dzieci. Nie wspominając o tym, że czasem na spacerze zdarza się wytrzeć im buzie… Co jest w tych chusteczkach, że doskonale radzą sobie z tak trudnym tematem? Sprawdziłam opakowania, a na nim opis:

„- za aloesem i alantoiną

– nie zawierają kompozycji zapachowych, barwników, alkoholu, oleju parafinowego oraz glikolu polietylenowego

– oczyszczają łagodnie i dokładnie skórę

– ph neutralne dla skóry”

Do tego cała masa jakichś obrazeczków z certyfikatami itp. Skład z kolei jest napisany drobnym maczkiem i w całości po łacinie. Nie sprawdziłam dokładnie. Trochę z lenistwa, trochę ze strachu. No cóż, może przerzucę się na gąbeczkę i szare mydło…? Z drugiej jednak strony żadne z moich atopowych dzieci nie reagowało źle na te chusteczki…

Ale wracając do tematu głównego – mój mały Artysta jest też bardzo ciekawskim dzieckiem i z wielkim entuzjazmem odkrywa prawa fizyki. W czasie kiedy ja czyściłam podłogę w jego pokoju, jemu udało się przykleić trzy lizaki do telewizora. Z zaciekawieniem się przyglądał czwartemu, suchemu, który uparcie spadał. Dodam tylko, że tu też z powodzeniem wykorzystałam wspomniane wcześniej chusteczki.

Wnioski po dzisiejszym dniu nasuwają się dwa:

1. Drogie Mamy – naprawdę nie warto inwestować w drogie przedmioty, bo one powodują tylko zwiększoną dawkę stresu. A nasze pociechy i tak dostarczają go już sporo.

2. Drogie Panie-Nie-Mamy – zawsze warto mieć w domu paczkę chusteczek nawilżanych dla niemowląt. Tak na wszelki wypadek. Śmiem twierdzić, że one mogą pomóc przy niejednej trudnej plamie.

 

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.