Jak pracować mając małe dzieci? – sprawdzone sposoby i codzienność

with 38 komentarzy

Kiedy zaczynałam swoją wielką przygodę z blogowaniem, najpierw szukałam rad jak odnieść sukces. Oczywiście rad szukałam w internecie – na różnych blogach, forach. A także w książkach.

To było pięć lat temu. Miałam wtedy jedno małe dziecko i byłam kompletnie niezorganizowana.

Nie miałam czasu na nic. Dosłownie. Wiedziałam jednak, że chcę pisać bloga. Wiedziałam, że to wymaga czasu. No więc zaczęłam szukać rad jak odnieść sukces.

Znalazłam kilka złotych rad, między innymi dwie dotyczące organizacji czasu. Te same rady przekazywane są do dziś.

Dziś mam w domu jednego ucznia i dwoje małych dzieci. Ale tak samo jak wtedy – nie jestem w stanie z nich skorzystać.

Dlaczego?

Przyjrzyjmy się co proponują:

„Zamknij się w pokoju/gabinecie/sypialni na dwie godziny dziennie i cały ten czas pracuj – nad tekstem, nad zdjęciem albo promocją. Poproś rodzinę, by Ci nie przeszkadzano”

OK. Jestem w stanie wyobrazić sobie jak przeprowadzam taką rozmowę. Tłumaczę dzieciom, że mama teraz pójdzie do innego pokoju, zamknie drzwi i będzie pracować. I bardzo proszę, żeby przez te dwie godziny nie hałasowały, nie kłóciły się i nie zrobiły sobie czasem krzywdy.

ciiii

Tylko ile dzieci z tego zrozumieją? I jak się do tych próśb zastosują?

Nie wyobrażam sobie, żeby którakolwiek mama, która sama zajmuje się dziećmi w ciągu dnia była w stanie coś takiego zrobić.

Jest taka możliwość, teoretycznie, kiedy mąż wróci z pracy.

Mój mąż pracuje na etacie i w domu jest około 17:00. Spędza czas z dziećmi, pomaga w kąpielach, kolacji itp. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że jest zmęczony i opieka nad trójką dzieci nie jest łatwa. Nie zarzucam go wszystkim na raz i nie zamykam się w pokoju, żeby napisać tekst.

Kiedy on się bawi z dziećmi, ja przygotowuję kolację. Wspólnie zjadamy posiłek, potem dzielimy się sprzątaniem po kolacji, kąpielami, bajkami na dobranoc itp.

Dzięki temu oboje od godziny 20:00 mamy czas dla siebie – dzieci śpią. No, może poza najstarszym synem, który czasem czyta, albo znajduje sobie inne zajęcie. Jednak jest już w swoim pokoju i nie trzeba się nim zajmować.

Druga z tych rad to:

„Idź do biblioteki albo biura coworkingowego i tam pracuj przez dwie godziny dziennie.”

Pomijam fakt, że dzieci raczej same w domu nie zostaną. Ale mieszkam na wsi. Najbliższą bibliotekę mam 3 km od domu w następnej wsi. Biuro coworkingowe? Nie jestem pewna czy w promieniu 30 km jakieś znajdę. Łatwiej byłoby mi pójść do lasu i tam znaleźć spokojny kamień albo pień do siedzenia. I tam pracować.

No dobra. Podejrzewam, że mniejsza o to gdzie, byleby nikt nie przeszkadzał.

Czy w związku z tym mama, która sama zajmuje się swoimi dziećmi nierzadko po kilkanaście godzin dziennie nie może odnieść sukcesu jako bloggerka? Albo po prostu freelancerka?

Może.

Wystarczy tylko, żeby znalazła swój sposób na znajdowanie czasu.

Ja swój znalazłam. I zaraz się nim z Tobą podzielę.

Wiem, że nie jest on idealny, ale jest najlepszy jaki udało mi się wypracować. I jeśli Ty właśnie czytasz ten tekst, to znaczy, że mój sposób działa.

Może nie zadziałać u Ciebie – wtedy liczę na Twoją kreatywność w wymyślaniu innego sposobu.

Ja jednak pracuję tak:

Po pierwsze – plan.

Wiem, że nie każdy go lubi. Wiele osób woli pisać pod wpływem chwili, emocji, bieżących wydarzeń.

Mnie jednak plan bardzo ułatwia życie. Dzięki niemu obojętnie kiedy usiądę do pracy – wiem co mam robić. Nie muszę się zastanawiać. Nie tracę cennego czasu.

Plan opracowuję raz w miesiącu.

Listę tematów blogowych spisuję w specjalnym zeszycie, który pokażę Ci na koniec.

Zawsze, kiedy wpadnę na jakiś ciekawy temat, po prostu dopisuję go na końcu listy. Mam ich już dość sporo – przez następne środy będziesz miała co czytać.

Wpisy pojawiają się we środy. To nie oznacza, że piszę tego dnia. Piszę wcześniej. zaczynam zaraz po publikacji poprzedniego artykułu.

Mój plan więc zakłada:

– środa – piątek – piszę tekst

– piątek – niedziela – robię zdjęcie lub film

– poniedziałek – wtorek – łączę wszystko w całość

– środa – publikacja i promocja

– poniedziałek – piątek – promocja aktualnego wpisu w różnych miejscach.

– poniedziałek – piątek – aktywność na Facebooku (mój profil znajdziesz o tu )

W arkuszu kalkulacyjnym mam szczegółowo rozpisane dni – gdzie jaka promocja.

Zasadniczo staram się nie pracować w weekendy. ALE wtedy w domu mam męża – a z nim łatwiej jest zrobić zdjęcie czy film.

Nie zawsze robię swoje zdjęcia. Czasem po prostu nie mam jak. Na przykład kiedy pisałam o drugiej ciąży. Albo kiedy będę pisać o noworodku. Po prostu nie mam takiego w domu.

Wtedy w weekend wybieram sobie zdjęcie z banków zdjęć.

Po drugie – determinacja

Codziennie wstaję około 1,5 godziny wcześniej niż moje dzieci. Co oznacza wstawanie o piątej rano.

Wiem – są dzieci, które o tej porze wstają. Sama to przerabiałam. Jednak dzięki ustalonemu planowi dnia i rutynie, wypracowaliśmy z dziećmi przyzwoite godziny snu. To znaczy – zasypiają między 19:00  a 20:00, a wstają między 6:15 a 6:45.

Dzięki temu, kiedy wstaję o piątej rano, mam minimum godzinę niczym niezakłóconego spokoju.

Wtedy robię rzeczy najważniejsze na dany dzień. Czyli pracuję nad wpisem lub zdjęciem.  Jeden kwadrans zawsze też przeznaczam na pisanie książki.

Nie włączam wtedy poczty, nie uruchamiam przeglądarki. Pracuję offline. Często z odłączonym kablem sieciowym.

W ciągu dnia z czasem bywa różnie. Czasem udaje mi się skorzystać z pomocy Babci. Chętnie z niej korzystam – tego nie ukrywam. Ale nie mam tej pomocy przez kilka godzin dziennie, więc zasadniczo muszę radzić sobie sama.

O ile kiedy muszę coś załatwić, jechać do miasta, do lekarza, do urzędu itp. nie ma problemu, żeby dzieci spędziły z babcią kilka godzin, o tyle „siedzenie w komputerze” kojarzy jej się jednoznacznie z rozrywką.

Po trzecie – technika

Dlatego, że jestem z dziećmi praktycznie sama, musiałam nauczyć się techniki maksymalnej koncentracji w minimalnym czasie. Ja nazywam to metodą wyrwanych chwil.

Polega ona na tym, że pracuję w każdej wolnej chwili. Każdej. To oznacza, że jak moje dzieci dostały kolorowanki i przez pierwsze 5-7 minut nie będą się kłócić o kredki, to ja te 5-7 minut wykorzystuję na pracę. Kiedy moje dzieci odpoczywają po obiedzie przez około 15 minut przed tv – ja te 15 minut przeznaczam na pracę. Czasem to są dwie minuty, czasem dwadzieścia. Wszystko zależy od tego co akurat robią moje dzieci.

Oczywiście – część takich chwil przeznaczam też na zwykły odpoczynek. Nie jestem robotem i czasem mam ochotę po prostu posiedzieć i się nie ruszać. Chociaż przez chwilę.

I nie mam zwyczaju włączać telewizora na cały dzień po to, by mieś więcej spokoju. Z doświadczenia wiem, że to wcale nie uspokaja dzieci. Wręcz przeciwnie.

Żeby ta metoda funkcjonowała, trzeba wszelkie prace domowe wykonywać przy dzieciach. Zmywanie, gotowanie, sprzątanie, zakupy – to wszystko naprawdę da się zrobić. Jeśli masz w domu maleńkie dziecko, które śpi w ciągu dnia, to wykorzystuj ten czas na pracę lub odpoczynek – nie na sprzątnie.

Wiem, że sama zrobisz wszystko trzy razy szybciej. Wiem, że łatwiej jest sprzątać czy gotować, kiedy dzieci nie pomagają. I najlepiej wykorzystać na to czas drzemki. Ale uwierz mi – z dziećmi też się da. Moje maluchy zawsze we wszystkim pomagają. Maleństwa siedziały w wózku lub nosidełku w kuchni i słuchały jak mama opowiada: „ugotujemy obiad. Teraz mama obiera marchewkę. Marchewka jest warzywem. Ma kolor…” Mój mąż do dziś się śmieje, że naszym dzieciom właśnie przez to buzie się nie zamykają. Może faktycznie coś w tym jest.

Starsze dzieci siadały na podłodze i rozkładały wszystkie garnki – też gotowały.

Tak samo ze sprzątaniem. Zorganizuj je tak, żeby było maksymalnie łatwo. Zabawki schowaj do pudeł, a nie układaj na półkach. Dzięki temu pozbieranie ich zajmie niewiele czasu. I angażuj w to dzieci.

Z tej metody wyniknie jeszcze coś innego. Dobrego dla Ciebie. Twoje dzieci od początku będą świadome, że nic w domu nie „robi się” samo.

Po czwarte – zorganizowane miejsce

Ja mam mały kącik w sypialni. Ale nawet jeśli nie masz taj możliwości – wydziel miejsce. Na przykład w kuchni. Niewielkie. Maleńkie. Ale osobne.

Korzystam z laptopa, ale traktuję go jak komputer stacjonarny. Wyjęłam z niego baterię i jest stale podłączony do prądu. Nie korzystam z wi-fi, tylko mam stałe połączenie kablem sieciowym. Dzięki temu łatwo odcinam się od internetu. Jeśli piszę tekst – tak jak właśnie teraz – nie mam połączenia z siecią. Dzięki temu nie rozprasza mnie żadne powiadomienie o nadchodzącej poczcie czy o tym, że koleżanka wrzuciła zdjęcie z kotkami na Facebooka.

Korzystam jedynie z programu tekstowego. Albo graficznego jeśli obrabiam zdjęcia.

Nie zaczynam nigdy od sprawdzania poczty czy social media.

Najpierw robię to, co mam zaplanowane na dany dzień. Rano – piszę. Dopiero później zajmę się promocją na social media.

A na końcu sprawdzę maile.

Kiedy wchodzę na Facebook, albo Google+, staram się zajmować tylko tym, co konieczne. No, chyba że mam więcej czasu. Być może Babcia wzięła na spacer jedno dziecko, drugie jest w szkole, a trzecie śpi – wtedy pozwalam sobie na więcej. Jednak kiedy wszyscy są w domu – skupiam się na swojej pracy. A tak jest w zdecydowanej większości dni.

Wyrobiłam w sobie nawyk, dzięki któremu co chwilę mój umysł zadaje pytanie – „Czy to, co robisz na Facebooku ma związek z tym po co tu weszłaś?”. Bo zdarza się, że ktoś ma urodziny ktoś urodził dziecko, a ktoś inny ma nowy samochód, albo wrzucił zdjęcia z Toskanii. I mnie się zdarza klikać z ciekawości. Ale co chwilę przywołuję się do porządku.

Kiedy od pracy odrywa mnie np. krzyk „Maaaamoooo!!!! Ona zabrała mi kredkę!!!!”, zostawiam wszystko tak jak jest otwarte. Usypiam jedynie komputer. Dzięki temu, kiedy uda mi się usiąść następnym razem – nie muszę niczego otwierać, szukać. Po prostu kontynuuję swoją pracę od miejsca gdzie skończyłam.

Jak pisałam wcześniej – traktuję laptop jak komputer stacjonarny. Wiem, że mogłabym go przenosić do salonu, kuchni, czy pokoju dzieci. Tam też mam zasięg wi-fi i mogłabym pracować.

Nie robię tego z dwóch powodów:

Po pierwsze – łatwiej jest nauczyć dzieci, że nie wolno się zbliżać do biurka jako całości, niż pilnować za każdym razem pozostawionego laptopa. Około dwa lata temu np. musiałam kupować kilka klawiszy, bo po tym jak syn wydłubał wszystkie w ciągu chwili, kilka się uszkodziło. Poza tym podejrzewam, że kiedy dzieci zobaczyłyby, że mama ma fajniejszą zabawkę niż one, to miałabym zaraz pomocników na kolanach. Wolę trzymać komputer z daleka.

Po drugie – kiedy spędzam czas z dziećmi, staram się być cała dla nich. Nie schowana za monitorem, myślami gdzieś daleko. Czas przeznaczony dla nich – przeznaczam dla nich. Nie na pracę.

Taki system pracy wymaga ode mnie wejścia od razu w stan skupienia na pracy. Czyli – siadam i od razu pracuję. Nie otwieram nic, nie myślę – tylko robię. W tym akurat pomaga mi dobrze zorganizowane biurko bez żadnych rozpraszaczy.

Specjalnie nawet nagrałam film, aby pokazać jak wygląda moje biurko:

Jest jeszcze możliwość pracy wieczorem – jak dzieci pójdą spać. Przyznaję, że wtedy też czasami coś robię. Ale już rzeczy, które nie wymagają zbyt wielkiego wysiłku umysłowego.

Kiedy wstaję wcześnie rano i pracuję, potem spędzam dzień z dziećmi i też pracuję, wieczorem mam ochotę odpocząć. Dlatego zajmuję się sprawami najlżejszymi.

Staram się nie siedzieć dłużej niż do 22:00 i maksymalnie o 22:30 kłaść się spać.

Kiedyś myślałam, że najlepiej się pracuje w nocy. Zdarzało mi się zarywać noc, kłaść się nad ranem.

Ale szybko się tego oduczyłam. Wystarczyło kila nocy, podczas których dzieci nie spały, marudziły, wybudzały się co chwilę. Rano miałam świadomość, że pracę mam nieskończoną, jestem wykończona i nie ma szans, żebym taką noc „odespała”. Bo dzieci oczywiście wstają w doskonałych humorach.

Właśnie dlatego, że mojemu średniemu synowi często zdarzają się pobudki w środku nocy – wolę kłaść się wcześniej i wstawać wcześniej.

No dobra – a co zrobić jak trzeba gdzieś zadzwonić?

Na to też mam swój sposób.

Zastanów się – kiedy dzieci są najciszej? Wcale nie wtedy kiedy oglądają bajkę. Dzieci są cichutko wtedy, kiedy broją. Kiedy więc ja muszę wykonać ważny telefon i nie wiem jak długo potrwa rozmowa – pozwalam broić. 

Oczywiście – nie oficjalnie i nie wszystko co im przyjdzie do głowy. Ale znam swoje dzieci. I wracając np. do przykładu kredek i kolorowanki. Wiem, że jeśli zostawię ich trochę dłużej samych, bez opieki, i zapewnię odpowiednią ilość kredek, to będę miała trochę ciszy. Bo zdarza im się wyjechać za linie. Albo w ogóle za kolorowankę. Na stolik na przykład. A jak przez przypadek skończy się miejsce do rysowania na stoliku, to przenoszą się na podłogę… Albo „nie zauważam” jak rozsypuje się mąka i dzieci zaczynają nią rysować. Po całej kuchni. Kiedyś po deszczu pozwoliłam wyjść na podwórko i przez okno obserwowałam jak skaczą w błocie. Fakt – musiałam ich wtedy całych przebrać i umyć. Ale załatwiłam bardzo ważną rozmowę w tym czasie.

To są moje sposoby na pracę z dziećmi. Może i nie są idealne, ale działają. A to dla mnie najważniejsze.

I fajne w nich jest to, że jeśli któreś dziecko „postanowi” obudzić się chore, to mnie to nie przeraża. Bo najważniejszą rzecz na dany dzień mam wykonaną. A reszta może po prostu poczekać.

A jakie są Twoje sposoby? Podziel się w komentarzu – może czegoś nowego się nauczę?

Nawet jeśli jeszcze nie masz swoich sposobów – daj znać jak Ci się podobają moje. Będzie mi bardzo miło!

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.