#czarnyprotest w rozważaniach katolickiej mamy czwórki dzieci

with 32 komentarze

Miało być o perfekcjonistkach, ale wybaczcie. Nie tym razem.
Nigdy na swoim blogu nie poruszałam tematów politycznych, ani bieżących wydarzeń społecznych. Daleka jestem od tego, by dolewać oliwy do ognia kłótni, hejtu i tym podobnych, powszechnych ostatnio zjawisk.

Ale przyszedł dzień, w którym nie wytrzymałam. Tym razem chcę zabrać głos. Muszę, bo inaczej się uduszę…

Jak wiesz, mam troje żywych dzieci. Jedno gdzieś tam, po drugiej stronie czeka na mnie. Tak, jestem wierzącą katoliczką i wierzę, że kiedyś pójdę tam, gdzie czeka na mnie moje maleństwo.

magdalenarolnik.pl_dzieci

Nie będę pisać o tym jak boli strata dziecka. Jak ten ból potęgują bezduszni lekarze, którzy zachowywali się jakbym z premedytacją i złośliwie zaplanowała przeszkadzanie im w pracy. To nie o tym ma być artykuł. Ale od tego się zaczyna, bo wtedy właśnie dowiedziałam się, że kolejna ciąża, to nie będzie dziecko, tylko „problem”.
Mimo wszystko, po pewnym czasie udało mi się zajść w ciążę dwukrotnie i urodzić dwoje cudownych dzieci.

Dziś chciałabym opowiedzieć ci o emocjach. O tym co się czuje, kiedy się dowiaduje, że wymarzone dziecko to według lekarza „problem”. Kiedy na długo po tym jak zobaczyłam wymarzone dwie kreski poszłam do lekarza (odczekałam celowo do 9 tygodnia, żeby już na 100% było widać fasolkę podczas USG), podczas badania dowiedziałam się, że nie ma fasolki. Nie ma serduszka. Za to jest wielki krwiak. A jeśli jest tam gdzieś dzieciątko, to prawdopodobnie nie dożyje do prawidłowego porodu. A nawet jeśli „uda mu się przetrwać, to całe życie będzie ciężko chore”. Dowiedziałam się też, że trzeba zrobić więcej badań, ale prawdopodobieństwo, że „coś z tego będzie” jest niewielkie. Do gabinetu niemal leciałam. Drogi powrotnej nie pamiętam.

Pamiętam za to ból i pustkę. Taką pustkę, której nie potrafiłam ogarnąć. Z całą siłą, a może nawet i podwójną, wrócił ból po stracie poprzedniego dziecka. Wróciło wszystko. A do tego doszły kolejne czarne myśli. Milion na minutę. Co będzie, jeśli znów stracę dziecko? Jak to przeżyję? Czy to udźwignę? A jeśli nie stracę, ale urodzę żywe dziecko, nigdy nie zdolne do samodzielnego funkcjonowania? Co będzie z moim życiem? A co będzie z tym dzieckiem, kiedy ja umrę? Kto nim się zajmie? Czy ktokolwiek poza mną i moim mężem będzie w stanie okazać mu miłość, czy w ogóle jakąkolwiek formę empatii?

No właśnie.

Miałam dużo szczęścia w tamtej sytuacji. Miałam kochającego i wspierającego męża. Wiedziałam, że nie jestem z tym sama. Mogłam wyrzucić z siebie wszystkie negatywne myśli i emocje i mieć pewność, że nie zostanę wyśmiana, poniżona czy cokolwiek innego. Czułam się bezpiecznie.

Poza tym
miałam pieniądze, za które mogłam umówić kilka innych wizyt u różnych innych lekarzy i porównać ich opinie. Dowiedzieć się czegoś innego. Na pewno bardzo, ale to bardzo chciałam usłyszeć, że jest nadzieja.

W końcu to usłyszałam. Ale nie jako radosną nowinę, że wszystko jednak będzie dobrze, że już nie muszę się martwić. Usłyszałam, że jest cień szansy i że warto próbować. Ale to, że spróbuję niczego mi nie zagwarantuje. Decyzja należy do mnie – albo od razu poddam się zabiegowi, albo będę walczyć o zdrowie swojego dziecka. Ale walka nie będzie łatwa, ani równa i w zasadzie kompletnie bezsensowna, ale mam prawo tę walkę podjąć.

Mam prawo.

MAM PRAWO.

Mam prawo walczyć, albo się poddać.

Te słowa dźwięczały mi w głowie i uczepiłam się ich całkowicie.

MAM PRAWO PODJĄĆ DECYZJĘ.

I MAM WARUNKI do jej podjęcia. Mam spokojny dom. Mam oparcie w mężu. Mam pieniądze, które mogę przeznaczyć na leczenie. Jak zabraknie gotówki, mamy mieszkanie i wiele innych rzeczy, które można spieniężyć. To przecież tylko rzeczy.

Podjęłam decyzję o walce o życie swojego dziecka. Jednocześnie za swoje pieniądze zaczęłam terapię. Przepracowałam w sobie wszelkie możliwe scenariusze.

Ale to nie oznacza, że teraz będę wymagać, żeby każda kobieta podejmowała taką decyzję.

TAKIEGO PRAWA NIE MAM.

Sama nie wiem jaką decyzję bym podjęła, gdyby pięciu, dziesięciu kolejnych lekarzy mi powiedziało, że nie ma żadnej szansy.
Co bym zrobiła, gdybym usłyszała, że ALBO dziecko ALBO ja? Odważyłabym się osierocić syna, który już żył? Odważyłabym się zostawić męża z wieloma niezałatwionymi sprawami?

A gdyby mój mąż mnie nie wspierał, tylko powiedział, że jak dziecko będzie chore, to będzie mój problem?

A gdybym była samotna? A gdyby dziecko poczęło się w wyniku gwałtu?
Gdybym była w traumie?

A gdybym była bez grosza przy duszy i bez perspektyw?

A gdybym była nastolatką całkowicie zależną od rodziny i to ta rodzina podjęłaby za mnie decyzję?

Co bym zrobiła, gdybym ze swoimi czarnymi myślami i milionem negatywnych emocji została kompletnie sama? Miałabym odwagę walczyć??? Nie wiem. I nie chcę wiedzieć.
I nigdy nie chcę podejmować takiej decyzji jeszcze raz. Dlatego więcej dzieci nie planuję.

Wiem, jakie to trudne przeżycie.
Dlatego nigdy nie odważę się mówić innej kobiecie co ma zrobić.
Nie mam takiego prawa.

Właśnie z tego powodu jestem całkowicie przeciwna zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Nie zgadzam się na to, żeby kobiety, które są w podbramkowej sytuacji były dodatkowo straszone konsekwencjami prawnymi.

Tym kobietom trzeba pomóc, a nie je dodatkowo stresować!

Kobieta po stracie dziecka potrzebuje wsparcia, a często i terapii, a nie przesłuchania.

Kobieta, która ma urodzić chore dziecko potrzebuje prawdziwego wsparcia, a nie odbierania jej możliwości spokojnego zastanowienia się nad dramatyczną sytuacją, w której jest.

Temat aborcji nie jest nowy. Co jakiś czas konflikt wybucha z nową mocą. Tym razem jest wyjątkowo ostro.

W poniedziałek w całej Polsce mają odbyć się czarne marsze. A obok nich zwolennicy radykalnych rozwiązań chcą organizować białe marsze.

Ja w poniedziałek pojadę zawieźć syna do przedszkola, a potem wrócę i będę zajmować się córką. Nie ubiorę się ani na czarno ani na biało.

Nie zmienię z tej okazji zdjęcia profilowego w social mediach. W ogóle chyba wyłączę social media, bo jak jeszcze raz zobaczę hasło „ręce precz od mojej macicy” albo „sam się usuń”, to nie wytrzymam.

Każda myśląca kobieta wie, że jej macica należy do niej i ta sama kobieta myśląca ma świadomość, że rozwijające się w niej życie jest innym życiem. Nie należącym do niej. Każda kobieta też wie, że każde życie ma wartość i że samej się usunąć nie można. Niestety, dyskusja na temat tak ważny jak życie i śmierć sprowadziła się do dyskusji na poziomie przedszkola, a także wzajemnym agitowaniem się do ubierania na biało i na czarno. To nie dla mnie.

magdalenarolnik.pl_dobrze to przemyslalam

Nie pójdę jutro w żadnym marszu. Dlatego, że nie zgadzam się z postulatami wielu zwolenniczek aborcji „na życzenie”. Jednak wiem, że w czarnym marszu pójdą moje koleżanki katoliczki i w pełni szanuję ich decyzję. Wiem też, że pójdą tam nie dlatego, że są zwolenniczkami aborcji, ale dlatego, że mają wiele smutnych historii do opowiedzenia. Smutniejszych niż moja. I ważne jest dla nich, tak jak dla mnie, to, żeby kobiety w obliczu tragedii miały wybór. 

Rozumiem też kobiety, które nie zabierają głosu. Bo wszystko jest nie tak. Tak jak i ja chcą chronić życie, ale każde. Życie matki ma dla nich takie samo znaczenie jak życie poczętego dziecka. Ale chcą być posłuszne nauce kościoła w tej sprawie i czują się rozdarte. Mają do tego prawo i ja to prawo szanuję.

W białym marszu też nie pójdę. Pomimo, że zapytana wprost, odpowiem ci zawsze, że jestem zwolenniczką ochrony życia i że aborcja jest zła. Każda.

Widziałam wiele rozpadających się kobiet po dokonaniu aborcji. Cierpiały nie tylko one ale ich całe rodziny. Aborcja jest złem. Ale czy to oznacza, że należy jej całkowicie zakazać?

To tak jak każde morderstwo jest złem. Każde. Ale w jaki sposób myśli człowiek, który zabija napastnika? Czy w sytuacji kiedy do twojego domu wtargnie nieznany człowiek i mierzy w ciebie z pistoletu, a w pokoju obok śpi twoja rodzina, to zastanawiasz się nad tym czy morderstwo jest złem, czy raczej nad tym skąd wziąć nóż, żeby zaatakować napastnika? To skrajna sytuacja. Ale często kobiety które decydują się na aborcję w takiej skrajnej sytuacji są.

A ocena ich czynu po fakcie jest barbarzyństwem. To tak, jakby we wspomnianej wyżej sytuacji okazało się, że zabijasz napastnika i się cieszysz, że ochroniłaś rodzinę, a policja ci mówi, że pistolet był plastikowy i teraz odpowiesz za morderstwo z premedytacją. Uczciwie?

Ale uważam, że środowiska określające się mianem pro-life źle zabierają się za ochronę życia. Zakaz tu nic nie zmieni. Bogatsze kobiety wyjadą na zachód i tam dokonają aborcji. Biedniejsze znajdą choćby weterynarza, albo kupią leki, albo „poradzą sobie” w jeszcze inny sposób.

Jeśli ustawa przejdzie, ludzie, którzy ją napisali, będą mogli za kilka lat powiedzieć „dzięki nam wzrosła przestępczość w Polsce”.

Jeśli jednak za kilka lat będą chcieli powiedzieć, że dzięki ich pracy spadła ilość aborcji, także, a może przede wszystkim, tych nielegalnych, niech zaczną od podstaw.

Niech dowiedzą się skąd biorą się takie decyzje. I niech naciskają rząd, aby te problemy rozwiązać.

Choćby edukacja seksualna. To jest coś, co powinniśmy wynosić z domu. Jednak nie każdemu jest to dane. A więc szkoła powinna się tematem zająć. Ale nie tak jak do tej pory – skrajnie lewicowo ani skrajnie prawicowo.

Ale rzetelnie. Nastolatkowie powinni mieć pełną świadomość skąd biorą się dzieci i jakie są formy zabezpieczenia przed ciążą. Liczenie na to, że będziemy im mówić o czystości do ślubu uchroni ich przed współżyciem jest co najmniej naiwne. Nauka masturbacji od wczesnych lat też niewiele tu pomoże.

Uczmy młode dziewczęta pewności siebie i tego, że są piękne takie jakie są, a nie takie, jak pokazują reklamy w telewizji. Dzięki temu, że reklamy wmawiają im ciągle, że są „nie dość…”, szukają potwierdzenia swojej atrakcyjności u płci przeciwnej. To naprawdę nie jest takie trudne, żeby to zrozumieć.

Ale też nie jest łatwo to zmienić. Wprowadzić zakaz jest łatwiej. Wiem. Niestety.

Takich rozwiązań może być wiele.

Pozwólmy matkom, które decydują się na urodzenie dziecka niepełnosprawnego na odpoczynek. Dajmy im raz w tygodniu i np. raz w roku na 2-3 tygodnie bezpłatną opiekunkę do pomocy. Niech opiekunka przejmie ciężkie obowiązki, a mama zajmie się tylko sobą, albo swoim związkiem. Ja naprawdę jestem w stanie znieść jakąś kolejną podwyżkę, żeby znaleźć na ten cel pieniądze. Bo wiem jak często są sfrustrowane mamy opiekujące się 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu zdrowymi dziećmi. Ale one mają świadomość tego, że ich dzieci kiedyś urosną, usamodzielnią się. Mamy dzieci niepełnosprawnych nie mają tej świadomości, a dodatkowo martwią się losem swoich dzieci, kiedy one zaniemogą. Pomoc tym kobietom nie jest łatwa. Ale wprowadzenie nakazu że mają żyć tak, a nie inaczej, albo zostać matkami niechcianych, oddanych dzieci, jest łatwo.

Bo oddanie dziecka do adopcji też nie jest łatwe. To nie jest sprzedanie książki, czy mieszkania. To jest rozstanie z bezbronnym człowiekiem i skazanie go na wieczną tułaczkę. System adopcyjny kuleje w naszym państwie. Dzieci czekają na adopcję latami, a znam też pary, które chętnie by dziecko przyjęły, ale dostają decyzje odmowne. Kobiety decydujące się oddać dziecko też powinny mieć zapewnioną terapię.

Łatwo się decyduje za kogoś, kiedy siedzi się w wygodnym fotelu i się „gdyba”. Po przeżyciu tragedii już łatwo nie jest. 

Nie wspominając już o zalęknionych, zgwałconych nastolatkach, które oprócz hormonalnej burzy związanej z okresem dojrzewania wbrew swojej woli mają dodatkową, ciążową burzę hormonalną. Im chyba najbardziej potrzebna jest opieka. Ale żeby mogły opowiedzieć o swojej tragedii potrzebne jest im bezpieczne środowisko. Ile z nich wie, gdzie znajdą pomoc? Przyznaję, że sama pisząc te słowa, nie wiem gdzie mogłabym taką nastolatkę skierować. Najpewniej zapłaciłabym za jej indywidualną terapię.

Takich rozwiązań, potencjalnie niezwiązanych z tematem, ale docelowo obniżających liczbę aborcji jest wiele. Jeśli środowiska pro-life będą maszerować w ich obronie i w ich sprawie będą szturmować sejm i senat – będę je popierała z całego serca, z całych sił i jak tylko będę mogła. Póki co jest to dla mnie wymuszanie zachowań na kobietach będących w trudnej sytuacji. Nawracanie na siłę. Ogniem i mieczem. Jak kiedyś Krzyżacy. A dziś islamiści.

Ja tak nie chcę.

Ja wolę w tym czasie wydziergać na szydełku kolejną kolorową czapeczkę dla Fundacji Gajusz. Bo to jedyna znana mi (może jest ich więcej, ale znam tylko Gajusza) fundacja, która opiekuje się całymi rodzinami kobiet, decydujących się urodzić chore dziecko. Dzięki spontanicznej akcji zwykłych kobiet, nazwanej „tęczowy kocyk” te dzieci dostają od nas kolorowe czapeczki w rozmiarach, jakich nie kupisz w sklepie. Dostają też kocyki, beciki, a nawet tuniczki. Po to, by rodzina mogła zobaczyć maleństwo w otoczeniu kolorów, miękkich tkanin, jak każdy „normalny” niemowlak. I żeby rodzicom została jakakolwiek pamiątka, poza bolesnym wspomnieniem.

magdalenarolnik-pl_teczowykocyk

Zapewnijmy wszystkim kobietom takie wsparcie, a zaostrzanie zakazu aborcji będzie kompletnie niepotrzebne.

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.