Całe to planowanie jest do kitu…

with 4 komentarze

Można sobie założyć ładny planner i w nim, godzina po godzinie, rozpisać – całą pracę, przerwy na lunch, spotkania z innymi – współpracownikami, klientami, znajomymi…  Rozpisać swoje cele na następny rok. I ich realizację.

Wtedy wszystko można sobie poukładać i się tego trzymać.

Całkowicie odmienna sytuacja jest wtedy, kiedy nie pracujesz w dobrej korporacji, nie masz sekretarki, za to możesz mieć ładny planner. Taki, których wysyp właśnie obserwuję. Różowy, biały, niebieski… Minimalistyczny, albo rozbudowany, prosty, lub złożony…

Od koloru do wyboru. Rynek kusi reklamą i wizją tego, że jeśli coś tam zapiszesz, to w nadchodzącym roku na pewno to zrobisz.

No więc kupujesz piękny planner. Siadasz i planujesz. Na przykład to, że w tym roku nie będziesz zarywała trzech dób przed świętami, żeby wszystko było idealnie. Oczywiście tylko po to, żeby w święta czuć przeogromne zmęczenie, a co za tym idzie – rozdrażnienie. No więc bierzesz do ręki ten nieszczęsny planner i planujesz:

– ulepić pierogi w pierwszy poniedziałek grudnia (i zamrozić)
– następnego dnia ugotować bigos (i zamrozić)
– we środę zrobić ręcznie kartki świąteczne dla całej rodziny i je wysłać
– we czwartek umyć okna
– ostatni roboczy dzień tygodnia zrobić inwentaryzację ozdób świątecznych, żeby wiedzieć czego brakuje i co trzeba dorobić/kupić.świąt. Nie ma szaleństwa, jest jedno zadanie dziennie. Spokojnie, dasz radę. Na Wigilię wszystko będzie gotowe, a ty nie będziesz się czuła wykończona psychicznie i fizycznie.

poniedziałek masz mnóstwo energii. Zabierasz się za pierogi. Farsz już pachnie, jesteś w połowie ugniatania ciasta, kiedy dzwoni telefon. Widzisz numer i czujesz kłopoty. Odbierasz. I słyszysz:
“ – Dzień dobry. Proszę odebrać dziecko ze szkoły, bo wymiotuje”.

No tak. Jelitówka. Koleżanki uprzedzały, że szaleje po szkole od kilku dni, ale miałaś nadzieję, że ciebie ominie. Nie ominęła. Myjesz ręce, zostawiasz wszystko, jedziesz do szkoły. Dziecko z natury jęcząco – męczące, więc następne kilka godzin siedzisz przy nim. Przytulasz, głaskasz, podajesz wodę łyżeczką, próbujesz podać leki.
Efekt jest taki, że już jesteś zmęczona, obiad nie gotowy, o pierogach nie wspominając. No nic. Jutro nadrobisz. Chowasz wszystko do lodówki, przygotowujesz obiad z mrożonki i dalej skupiasz się na dziecku.

Nadchodzi wtorek. Wstajesz nieprzytomna. Okazało się, że choroba dziecka jest gorsza niż początkowo przypuszczałaś. Jesteś niewyspana, bo noc upłynęła pod znakiem biegunki dziecka. Postanawiasz jednak zasięgnąć rady lekarza. Jedziesz do przychodni i spędzasz tam kilka godzin. Ale jest dobrze. Dziecko się nie odwodniło, nie czeka cię szpital. Wracasz, pijesz którąś kawę z kolei i zaglądasz do plannera. Co to miało być? A… bigos.
Ale w lodówce czekają pierogi. Szybka decyzja – bigos praktycznie robi się sam, trzeba tylko składniki przygotować. A pierogi może jutro…  Wstawiasz obiad i już czujesz dumę. Dziś zrobisz bigos i może popołudniu te pierogi? Dziecko czuje się lepiej, dasz radę.
Sprzątasz po obiedzie, wyjmujesz wszystko…. Nie wszystko. Brakuje tobie wielu rzeczy. W plannerze nie wspomniałaś o zakupach. Zostawiasz dziecko w domu i z wywalonym językiem biegniesz po zakupy do najbliższego sklepu. Kupujesz drożej niż zwykle. To cena za to, że nie zrobiłaś zakupów wcześniej… Trudno. Wracasz zziajana. Przygotowujesz wszystko i słyszysz dzwonek do drzwi. Otwierasz, a tam koleżanka z dziećmi. Grzecznie w progu informujesz, że bardzo ci miło, ale masz dziecko świeżo po chorobie. Na co koleżanka stwierdza, że przecież nie ma problemu, bo oni też po chorobie. I wesoło wchodzi do domu z całą swoją ekipą…. No tak. Dziś już nic nie zrobisz…

Środa. Jesteś wyspana. Dziecię niemal całkowicie zdrowe, więc nie ma problemu. Pamiętasz o pierogach i patrzysz co jeszcze. Aaaa… kartki. To przyjemność, w dodatku dziecko pomoże. Ale najpierw pierogi, bo leżą w lodówce drugi dzień. Gotowa do działania, słyszysz dzwonek do drzwi. Nauczona wczorajszym doświadczeniem, masz zamiar nie otwierać. Ale przypominasz sobie, że mąż zamówił jakąś bardzo ważną część do samochodu/komputera i w zasadzie spodziewasz się kuriera. Otwierasz drzwi, a tam teściowa. W zasadzie to ta teściowa nie jest taka zła, ale od zawsze krytykuje twój sposób gotowania, więc dla świętego spokoju zostawiasz pierogi na czas, aż sobie pójdzie. Myślisz, że wypijecie kawę, pogadacie, teściowa pójdzie, a ty zajmiesz się swoją pracą. Ale po kawie okazuje się, że to nie takie łatwe. Teściowa wcale nie zbiera się do wyjścia. Aby wybadać grunt, proponujesz herbatę. Ku twojemu zaskoczeniu teściowa chętnie przyjmuje propozycję, I przy okazji informuje ciebie, że ma cały dzień wolny i chyba poczeka, żeby zobaczyć się z synem po jego powrocie z pracy. Zaciskasz zęby, szybko przygotowujesz obiad (starając się nie słuchać krytyki) i czekasz niecierpliwie na powrót męża. Po południu, kiedy w końcu teściowa sobie poszła, zabierasz się za nieszczęsne pierogi.

Czwartek. Okna. I kartki. I bigos, bo w końcu ciągle go odkładasz. Najpierw koleżanka z dziećmi, a wczoraj, na czas bytności teściowej zawiesiłaś wszelkie gotowanie. No to wstawiasz bigos i zabierasz się za okna. Pogoda nie sprzyja, jest już późno, ale co tam. Dziecko w końcu w szkole, dasz radę. Spieszysz się, Wchodzisz na drabinę i… niefortunnie z niej spadasz. Boli noga. Mocno. Puchnie. Bigos się przypala. Pierogi czekają na zamrożenie. Sama nie zajedziesz do lekarza. Dzwonisz po męża. Ten bierze wolne, jedzie z tobą. Niestety, kość jest pęknięta, na szczęście bez przemieszczenia.

Okien już nie umyjesz, ale przynajmniej będziesz miała dużo czasu na zrobienie kartek świątecznych. Gips zdejmą tobie trzy dni przed Wigilią. Zdążysz zrobić wszystko na raz. A potem będziesz zmęczona. Ale dasz radę – w końcu… co roku dajesz radę.

Oczywiście sytuacja jest mocno przerysowana, ale chciałam tobie pokazać, że w życiu zdarzają się nieprzewidziane sytuacje dużo częściej niż myślisz. Czy to oznacza, że nie powinnaś w ogóle planować?

Nie.

Moim zdaniem planowanie ma sens. Ale pod pewnymi warunkami.

Po pierwsze – zaplanuj mało.

Tak jak w tym przykładzie – plan był dobry. Jedno zadanie dziennie. W bardziej sprzyjających okolicznościach realnie mógłby być zrealizowany.

Po drugie – bądź elastyczna.

Jeśli masz coś w planie, ale nie masz składników/potrzebnych narzędzi, to odpuść sobie to zadanie i zrób inne, które możesz tego dnia wykonać. Po prostu zmień kolejność.

Po trzecie – każde zadanie rozbijaj na mniejsze

i planuj te najmniejsze kroczki. Może być kilka dziennie, ale podchodź do tego z rezerwą i elastycznie.

Po czwarte – nie nadrabiaj.

Jeśli dzień masz naprawdę fatalny i nie realizujesz jakiegoś działania, to zrób je następnego dnia. Zachowuj się tak, jakby jednego dnia po prostu nie było. W ten sposób osiągnięcie celu przesunie się o jeden dzień. Trudno. W zasadzie to łatwo jest nadrobić to jedno zadanie, ale możesz to zrobić kiedy indziej – kiedy będziesz miała więcej sił. Możesz też “nadrabiać na zapas” jeśli czujesz taką potrzebę. Ale nigdy na siłę. Tym bardziej, jeśli wypadnie tobie kilka/kilkanaście dni. Na przykład przez chorobę – twoją, albo dziecka. Nadrobienie tego w jeden – dwa dni jest wyjątkowo męczące. Dlatego

Po piąte – rób poduszki czasowe.

Nie planuj wszystkiego “na styk”. Dawaj sobie więcej czasu właśnie na nieprzewidziane trudności.

Po szóste – planuj to, co rzeczywiście chcesz osiągnąć.

Ty. A nie twoja rodzina, twoi bliscy. Tylko twój plan ma szansę na realizację.

Po siódme – naucz się odpuszczać.

Po prostu. Nie zawsze wszystko trzeba realizować na 100%!.

Planowanie może być fajne. Na pewno jest użyteczne. I bardzo pomaga realizować cele.

A na zakończenie, mam dla ciebie zaproszenie. Od kilku dni na Facebook działa Grupa, która zrzesza wszystkie Kobiety Pracujące w Domu,  Zapraszam!

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.