Wszystko bez sensu – o kryzysie i zwątpieniu

with 12 komentarzy

W związku z tym, że ostatnio doświadczyłam bardzo trudnego okresu w mojej pracy, postanowiłam podzielić się z tobą swoim doświadczeniem. I wnioskami jakie wyciągnęłam na przyszłość dla siebie. A ponieważ lepiej i taniej jest się uczyć na cudzych błędach, jestem pewna, że wyciągniesz dla siebie odpowiednią lekcję.

Cała sprawa dotyczy mojej pracy i moich kompetencji do robienia tego, czym akurat się zajmuję.

Do niedawna wszystko szło świetnie. Jak już wcześniej pisałam, zakończyłam kilka spraw, kilka zamknęłam niedokończonych, pracowałam swoim tempem. Przygotowywałam dla ciebie kurs samodyscypliny. W ramach przygotowań do tego kursu również przeprowadziłam fantastyczne warsztaty w Gdyni. Wszystko szło sprawnie i gładko. Do czasu, kiedy popełniłam kolosalny błąd.

warsztat samodyscyplina

Znasz takie powiedzenie „szewc bez butów chodzi”?. Właśnie sama pozbawiłam się tych butów. Przestałam stosować wobec siebie podstawową zasadę, której uczę podczas konsultacji, czy właśnie w swoim kursie. Ta zasada brzmi: bądź dla siebie dobrym szefem.

O co chodzi? W moim konkretnym przypadku chodziło o system nagród.

Podczas pracy nad sobą, podczas zmiany nawyków, bardzo ważne jest, aby nagradzać siebie za poczynione postępy. I to wcale nie chodzi o to, żeby za każde wykonane zadanie od razu jechać na trzy dni do spa, czy biec po nową kieckę albo kolczyki. System nagród to bardzo złożony schemat i czasem polega na tym, żeby dać sobie małą przyjemność. Tak jak w pracy na etacie. Kiedy masz przed sobą ciężkie zadanie i się z nim uporasz, wcale nie musisz od razu dostawać kosmicznej premii (choć byłoby to miłe). Czasem wystarczy, że szef do ciebie podejdzie, poklepie po ramieniu i powie „świetna robota”.

Kiedy zabraknie tego z pozoru drobnego elementu, kiedy przestaniesz czuć wsparcie i uznanie, przestajesz lubić swojego szefa, potem swoją pracę. Podobnie jest w każdej innej pracy. Nieważne, czy chodzi o pracę taką, jaką wykonuję ja, czy chodzi o wychowywanie dzieci, czy o wdrożenie nowego nawyku – choćby codziennego wykonywania ćwiczeń fizycznych albo codzienne smarowanie się balsamem do ciała czy wstawanie wcześniej. Każda praca jest ważna i każda wymaga pewnego wysiłku. Dlatego każdy postęp powinien być doceniony. W przypadku, kiedy sama jesteś dla siebie szefem, ciężko jest do siebie podejść i poklepać po ramieniu. Ale powiedzieć sobie „świetna robota” jest już łatwiej. Albo dać sobie obiecaną premię, czyli nagrodę wymyśloną wcześniej.

Taką nagrodą może być cokolwiek – spacer, odpoczynek, czytanie książki, kąpiel, moczenie stóp podczas oglądania serialu, maseczka, telefon do przyjaciółki bez limitu na rozmowy o pierdołach, kawa w samotności lub wybranym towarzystwie… Za większe zadania oczywiście nagrody powinny być odpowiednio większe. Ale bez względu na to jaką masz nagrodę, zawsze powinnaś ją sobie dać. Moim zdaniem tu schemat jest bardzo prosty. Tak jak u dziecka. Jeśli masz dziecko, wiesz doskonale jak to jest, kiedy coś mu obiecasz. Nie opcji, żeby się z tego wywinąć. Jeśli obiecasz i zawiedziesz, dziecko poczuje się skrzywdzone, odepchnięte, nieważne. I to nie ma znaczenia czy miało obiecane lizaka czy wyjazd do krainy Lego do Danii czy jeszcze coś innego. Obietnica nagrody jest absolutnie święta.

Ty sama, kiedy nie dostajesz obiecanej nagrody, czujesz się podobnie. I choć my, dorośli, potrafimy sobie wiele rzeczy wytłumaczyć (nagroda była nieadekwatna, jesteś zbyt zmęczona, lepiej więcej pracować niż „marnować czas”), to jednak schemat przeżywania rozczarowania brakiem obiecanej nagrody jest taki sam. Tylko świadomość tego mniejsza.

Tak było w moim przypadku. Odpuściłam sobie małą nagrodę, tłumacząc sobie jednocześnie, że za większy postęp pracy nagroda będzie większa i dlatego zamiast tracić czas na samotny spacer w lesie, wolę więcej popracować.

Ten, na pozór drobny, incydent, przyniósł kolosalne w swoich konsekwencjach skutki. Ponieważ, kiedy raz sobie odpuściłam, teoretycznie dałam sobie pozwolenie na odpuszczanie kolejnych nagród. No i je odpuszczałam. Praca trwała nadal, a ja czułam coraz większy stres i frustrację.

Na to wszystko nałożyły się kolejne sprawy.

W ciągu kilku dni otrzymałam trzy różne wiadomości.

Najpierw jedna z osób, od których ciągle się uczę zasad biznesu, uznała, że czas, jaki przeznaczam na pracę jest niewystarczający. Że owszem, dojdę tam, gdzie chcę, ale to będzie długa podróż.

Druga wiadomość była od osoby, której do tej pory nie znałam, ale ona, w trosce o mnie, postanowiła napisać, że to, co robię nie ma sensu. Ponieważ ona już z takim tematem się spotkała i ma wrażenie, że ja kogoś kopiuję.

Trzecia z kolei dotyczyła tego, że zawiodłam czyjeś nadzieje.

W normalnych okolicznościach nie zrobiłoby to na mnie żadnego wrażenia. Ponieważ wiem ile czasu jestem w stanie przeznaczyć na pracę. Wiem ile czasu wymagają ode mnie inne obowiązki, czyli przede wszystkim bycie pełnoetatową mamą trójki dzieci. Wiem też ile potrzebuję odpoczynku. I dlatego pracuję tak, a nie inaczej.

Wiem też, że nikogo nie kopiuję, ponieważ opieram się na swojej wiedzy, swoim doświadczeniu, a to jest niepowtarzalne i niekopiowalne. Albo jest prawdziwe, albo nie. W moim przypadku jest.

A co do zawiedzionych nadziei – trudno. Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich. Mam świadomość, że nie wszyscy zgadzają się z moimi poglądami i nie wszyscy mnie lubią. Nie mam na to wpływu.

Ale to wszystko trafiło do mnie w momencie, kiedy powoli przestawałam lubić siebie jako swojego szefa. I co się stało? Zaczęłam wątpić. W siebie. W swoje umiejętności. W swoją wiedzę. W swoje cele. W swoją pracę.

Wszystko zaczęłam jeszcze raz analizować, zamiast pracować dalej. Zawaliłam kilka terminów. Zastanawiałam się czy nie rzucić wszystkiego.

Na szczęście dla mnie od dawna mam wyrobiony pewien bardzo ważny nawyk – analizy porażek. Bo tak właśnie było. Poczułam, że zawiodłam siebie i innych i uznałam to za porażkę. A z porażek zawsze wyciągam wnioski.

Po bardzo dokładnej analizie doszłam do tego skąd się wzięła moja frustracja. Znalazłam w pamięci moment, kiedy odpuściłam sobie pierwszą nagrodę.

Wyciągnęłam wnioski.

Ale oprócz analizy porażek zrobiłam jeszcze jedno – podzieliłam się swoimi wątpliwościami z zaprzyjaźnionymi, życzliwymi mi osobami, które prowadzą podobny biznes. Dostałam od nich cudowne wsparcie i siłę.

I wiem też, że moja praca ma także ogromny sens dla innych. Skąd to wiem? Od nich samych.

warsztaty samodyscypliny

Podczas warsztatów w Gdyni poprosiłam, aby każda z osób podzieliła się ze mną w mailu swoimi postępami i odczuciami. Dostałam kilka wiadomości – niektóre bardzo szczegółowo opisywały swoje postępy, a inne zawarły swoje przemyślenia dosłownie w dwóch – trzech zdaniach.

Niektóre z tych osób pozwoliły, abym upubliczniła ich słowa. Oto część z nich:

Nie byłam przekonana do tych warsztatów. Myślałam, że zrobię ci na złość i udowodnię, że nie da się wszystkiego tak łatwo rozwiązać. Wybrałam sobie najtrudniejszy dla mnie problem. Ale po tych warsztatach zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Po dwóch tygodniach wiem, że udało mi się go złagodzić na tyle, że spokojnie go rozwiążę. To niesamowite.

Ania

Jestem Ci bardzo wdzięczna za to wszystko. Podałaś bardzo proste rady i rozwiązania. Dzięki temu jest mi jakoś tak łatwiej i już nie myślę co rano o tym, że muszę, tylko praca przychodzi mi naturalnie. I jakby sama się robi

Katarzyna

Dlatego wracam z ogromnym zapałem do swojej pracy, którą przecież tak bardzo lubię. Uwielbiam pisać, dzielić się swoim doświadczeniem i uczyć innych jak okiełznać słomiany zapał.

 

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.