Work&life balance dla mamy trójki dzieci

with Brak komentarzy

Zgodnie z zegarem, zdrowym rozsądkiem i logiką, powinnam 8 godzin spać, 8 godzin pracować i mieć 8 godzin wolnego czasu. Taki najprostszy schemat zgodny z cyklem dobowym. Załóżmy, że tak jest. Teoretycznie. Czyli – śpię 8 godzin. Potem wstaję i idę do pracy (może być na etat, może być moja własna działalność). Tam równe 8 godzin pracuję uważnie i bez wytchnienia. A potem 8 godzin mam dla siebie. Te ostatnie powinnam jeszcze podzielić pomiędzy: hobby, wysiłek fizyczny (spacer, siłownia, cokolwiek), rodzinę, czytanie i inne zajęcia rozwojowe, spotkania z przyjaciółmi, pracę w wolontariacie, rozrywkę intelektualną (teatr, kino) i jeszcze wiele innych rzeczy.

Chętnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że takie małe, krzyczące istoty ciągle plączą się pod nogami i mają jakieś potrzeby, których zaspokojenia oczekują ode mnie. Trzeba im pomóc się ubrać, przygotować jedzenie, zawieźć do przedszkola (akurat kiedy ja powinnam pracować!), potem przywieźć, znów dać jeść, zawieźć na zajęcia dodatkowe albo terapię, porozmawiać, pobawić się, przeczytać bajkę, znów dać jeść (tu już powinnam mieć wolny czas tylko dla siebie!), pomóc w kąpieli, chwilę posiedzieć przy łóżku… No i jak ja w tej sytuacji mam osiągnąć mój work&life balance?

Nie mam szans. No to co? Czekać jeszcze 14 lat aż ostatnia moja latorośl osiągnie wiek dojrzały, a do tego czasu się frustrować? Pewnie, że nie.

Życie z zegarkiem w ręku nie ma sensu. Decydując się na każde z moich dzieci świadomie rezygnowałam z kawałka „swojego” czasu. No, może nie kawałka a sporej części. Większość mojego życia zajmuje zajmowanie się dziećmi. Robię to świadomie i sprawia mi to przyjemność. Uczenie małego człowieka zasad funkcjonowania świata. Uczenie życia. Pokazywania piękna. Uwrażliwiania. W związku z tym, że moje dzieci są trochę bardziej wymagające niż inne, tych zadań mam więcej. Nauka życia przychodzi trudniej. Zwłaszcza wytłumaczenie zasad życia w społeczeństwie. Dlatego W moim życiu nie ma i nigdy pewnie nie będzie podziału na 8godzinne bloki czasowe. Nie ma szans. Bo praca nad relacjami w domu, i nad ogarnięciem wszelkich domowych tematów, i wychowanie dzieci i zapewnienie im odpowiedniej opieki, terapii i zajęć dodatkowych zajmuje mi niemal cały dzień. Jak dzieci chorują to i większość nocy. Czas na bloga, na szydełko, na zadbanie o siebie to zaledwie kilkadziesiąt minut dziennie, pod warunkiem, że sobie go zorganizuję. Bo gdybym sama o niego nie zadbała, to zajmowanie się wszystkimi innymi poza mną zajęłoby mi 100% mojego czasu.

No i jak w tym czasie upchnąć wszystko, co „normalna kobieta w moim wieku” (są takie na sali?) „powinna” robić? Czyli – rozwijać się poprzez śpiew, taniec albo rysunek, chadzać na randki z mężem, do kina, do teatru, na siłownię, szydełkować, haftować, udzielać się w wolontariacie, spotykać się z przyjaciółkami?

I tu Cię zaskoczę – ja prawie to wszystko robię. Ale… oczywiście, że nie wszystko naraz. Mam swoje priorytety. Nie chodzę na siłownię, ale ćwiczę w domu. I nie trzy razy w tygodniu po godzinie, tylko pięć razy w tygodniu, a moim najulubieńszym treningiem jest Tabatta. Nie śpiewam, chyba że chcę wkurzyć domowników, albo wykurzyć ich z kuchni. Za to ćwiczę kaligrafię. I znów – tylko pięć minut dziennie. Wiem, że to mało. Ale jeśli mam wybór – mało albo wcale, to wolę mało. Marzę o tym, żeby w końcu nauczyć się pisać. Na randki z mężem nie chadzamy, bo jednak maluchy są jeszcze za małe, żeby je zostawiać same. Ale kolacja we dwoje przy świecach, z winem (albo bez), czasem jakaś inna wspólna rozrywka też nie jest nam obca. Bo randkę można zorganizować w domu, kiedy dzieci już śpią. Do kina chodzimy z dziećmi na razie – taki czas. Ale mamy w domu rzutnik i popcorn też umiemy robić… Z przyjaciółkami i koleżankami spotykam się regularnie. A jakże! Dzięki cudownemu wynalazkowi jakim jest internet. Potrzebę pracy w wolontariacie zaspokajam dziergając czapeczki dla maluszków w ramach akcji Tęczowy Kocyk. I tu mam dwa w jednym, bo dodatkowo szydełkowanie mnie odpręża. I mam jeszcze swój wieczór. Z reguły środę. Wtedy mam czas na maseczkę, odżywkę na włosy, kąpiel magnezową dla stóp, peeling i takie tam inne, babskie sprawy.

Patrząc z boku możesz odnieść wrażenie, że nie mam dla siebie czasu wcale. A ja jednak odnalazłam swój work&life balance. Wystarczyło, że spojrzałam inaczej na siebie. Doceniłam to ile mam czasu i potrafiłam go wykorzystać. Jestem spokojna i czuję się zadbana. Dobrze mi.

Oczywiście, są takie momenty, kiedy ten ciężko wypracowany czas dla siebie mi się kurczy. Wystarczy, że zachoruje jednocześnie dwoje dzieci. Albo podejmujemy nową aktywność (nowe zajęcia, nowa terapia, jakaś zmiana grafiku). Taką sytuację kryzysową rozwiązuję tak, jak opisałam tutaj. A po kryzysie wracam do wygospodarowania czasu dla siebie – zwykle na takich samych warunkach, choć czasem z małymi odstępstwami.

Mam swój balans. A Ty?

Follow Magdalena:

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na ten temat w komentarzu poniżej.