Nazywam się Magdalena Rolnik i pomagam mamomodnalezieniu czasu dla siebie, nawet magdalenarolnik.pl_profilowejeśli uważają, że przy małych dzieciach jest to nierealne.

Zajmuję się doradztwem w zakresie organizacji życia z małymi dziećmi.

Ode mnie też możesz się dowiedzieć jak zadbać o swój rozwój, kiedy masz wrażenie, że straciłaś swoje życie na rzecz tych niewysokich osóbek biegających po domu.

Jeśli zatem zdarza Ci się, że po całym dniu spędzonym na gotowaniu, sprzątaniu, rysowaniu, zabawie w wyścigi lub na herbatce u królewny w towarzystwie jednorożca czujesz frustrację, bo masz wrażenie, że straciłaś bezpowrotnie dzień – dobrze trafiłaś.

Może nie masz pomysłu na siebie, bo wcześniejszy styl życia (sprzed pierwszej ciąży – jeśli oczywiście jeszcze to pamiętasz) jest dla Ciebie zupełnie nieosiągalny, taki daleki i zupełnie obcy. Albo w ogóle nie cieszy Cię myśl o nim.

A może masz jakiś pomysł na siebie, ale uważasz, że jest on nierealny, bo w domu masz małe dzieci i im poświęcasz całą swoją uwagę i czas?

Boisz się, że poświęcając się całkowicie dzieciom, zupełnie zatracisz swoją osobowość?

Wcale nie musi tak być!

Wychowywanie dzieci może być najlepszym okresem, kiedy rozwiniesz się, jak nigdy dotąd. I nie chodzi mi o rozwinięcie się jako Matka, ale jako Kobieta. I nie ma znaczenia, czy mieszkasz w mieście czy na wsi.

Nie wierzysz? Zaglądaj tu regularnie.

Na swoim blogu inspiruję do poszukiwania swojej nowej drogi zawodowej. 

Pokazuję jak zaspokoić swoje potrzeby rozwojowe.

Doradzam jak znaleźć czas dla siebie.

Piszę o tym jak odnaleźć swoje mocne strony i się na nich opierać.

Uczę odnajdywania Siebie, akceptacji Siebie i przygotowania trwałych fundamentów pod zmiany na lepsze życie

Skąd wiem jak to zrobić?

Jako młoda dziewczyna chciałam uciec ze wsi, bo uważałam, że nie mam tutaj możliwości rozwoju. Wyprowadziłam się do dużego miasta i już od początku studiów zaczęłam pracę. Żeby się utrzymać i opłacić czesne potrzebowałam stałych dochodów.

Po kilku różnych doświadczeniach zawodowych wreszcie dostałam wymarzoną pracę w korporacji. Myślałam, że od tego momentu będę się już tylko rozwijać i podbijać świat.

Niestety, a może na szczęście, szybko zorientowałam się, że nie jestem na swoim miejscu. Że coś ciągle mnie uwiera, przeszkadza, a ja czuję się z tym źle. Zmieniłam korporację, ale nadal coś było nie tak.

W końcu zrozumiałam, że nie chodzi o to jaka to firma. Chodzi o mnie. O moje niezaspokojone potrzeby – spokoju i bliskości natury.

Wróciłam do korzeni. Mieszkam na wsi z Mężem, trójką dzieci i psem. I niczego w moim życiu nie żałuję. Jestem szczęśliwa, Ty też możesz!

Studiowałam administrację, to nauczyło mnie, jak zarządzać swoim czasem, domowym budżetem i samodzielnie rozwijać się.

Przez kilka lat pracowałam w obsłudze klienta, potem jeszcze w handlu wielkopowierzchniowym. Wiem, jak ważne jest słuchanie, umiejętnie komunikowanie się oraz szanowanie drugiego człowieka, choćby był to bardzo mały człowiek.

Znam plusy życia w wielkim mieście, znam minusy życia na wsi. Ale mimo tego uważam, że wszędzie można się rozwijać, że zawsze możesz znaleźć czas na swoje pasje. Ja pracuję, prowadzę dom, wychowuję dzieci, czytam, szydełkuję. Owszem, czasem czuję się zmęczona, zła, wściekła, ale wiem, że idę dobrą ścieżką. Bo idę nią od 8 lat, czyli wtedy, gdy pierwszy raz zostałam Mamą.

Moja historia – masz ochotę na więcej?

Urodziłam się w miasteczku. Niewielkim, co prawda, ale dumnie noszącym prawa miejskie od ponad ośmiu wieków. Tam zaczęłam szkołę podstawową, nawiązałam przyjaźnie. Ułożyłam swój dziecięcy świat. Nie na długo, niestety.

Po skończeniu pierwszej klasy szkoły podstawowej, przeprowadziliśmy się na wieś. Do miejsca, gdzie nie było MOICH koleżanek, MOJEJ szkoły, MOICH miejsc. Wszystko musiałam zbudować sobie od nowa. Ale w związku z tym, że byłam „nowa” w szkole, było mi trudniej nawiązać relacje. Potrzebowałam kilku lat, żeby wszystko sobie poukładać.

Oj, jak bardzo znienawidziłam wtedy wieś!

Właśnie wtedy podjęłam decyzję o tym, że jak tylko dorosnę, natychmiast się wyprowadzę. Do dużego miasta. Największego najlepiej. Jakiegoś Nowego Jorku albo innej Bydgoszczy… Gdziekolwiek, byle dalej od wsi.

To był mój cel. Udało mi się zrealizować niedługo po maturze.

Dostałam się na studia zaoczne na UAM, na Wydział Prawa i Administracji. Zaczęłam studiować Administrację w mieście! Moim Nowym Jorkiem stał się Poznań.jezioro

Wiedziałam co robię startując na studia zaoczne. Chciałam szybko się usamodzielnić. Zarabiać i wynieść się z tej wsi.

Znalazłam pokój, pracę i zamieszkałam w Poznaniu. Miałam spaliny, hałas, nisko latające samoloty, wszelkie rozrywki i byłam niesamowicie szczęśliwa!

Wcale nie przeszkadzało mi to, że często pracowałam po godzinach, za marne pieniądze, po to, żeby mieć co jeść i opłacić studia. Zresztą, zdarzało się, że nie wystarczało na wszystko – nieobca była mi dieta studencka. Nierzadko liczyłam złotówki w portfelu zastanawiając się czy bardziej opłaca mi się kupić bilet do domu rodzinnego czy jeść przez tydzień. Najczęściej wybierałam bilet i wracałam z odpowiednim zaopatrzeniem.

Nie przeszkadzało mi też to, że nie miałam praktycznie wolnego. Zajęcia na uniwersytecie odbywały się w każdy weekend. A każdy dzień wolny przeznaczałam na naukę do sesji. Zero urlopu. Żadnego wolnego. Pełne obroty bez przerwy. Byłam zachwycona!

Ale najszczęśliwsza byłam, kiedy dostałam pracę w korporacji. Na „normalną” umowę, za „normalne” pieniądze. To nic, że wychodziłam z niej często po około 12 godzinach. To nic, że panował tam straszny wyścig szczurów. To nic, że nie miałam koleżanek, bo walczyłyśmy ze sobą zaciekle. Miałam TĘ pracę. Zmieniałam w niej stanowiska. Studiowałam administrację. Mieszkałam w hałasie i wszystko załatwiałam w biegu. Ciągle zmęczona, ale byłam szczęśliwa.

Po jakimś czasie zaczęłam coraz mocniej to zmęczenie odczuwać. Zaczęłam się coraz mocniej zastanawiać nad swoim życiem. A raczej nad jego brakiem.

I doznałam olśnienia – to korporacja była zła. Nie korporacja w ogóle, ale ta właśnie, w której pracowałam.

slubPoszukałam innej. Takiej, w której pracuje się tylko osiem godzin.

Ale moje zarobki znacznie spadły. Poza tym dostałam „bardzo wąski” zakres zadań, który obejmował bardzo, bardzo rozległą wiedzę. Ale chętnie się uczyłam, więc szybko opanowałam wszystko co trzeba. I znów żyłam pełnią życia. Moje zarobki stopniowo się zwiększały. Zakres obowiązków też.

Wtedy poznałam Irysa. Artystę. Plastyka. Pasjonata fotografii i komputerów. I filmu. Był taki zupełnie inny niż ja. Spokojny. Opanowany. Świetny obserwator. A ja? W tym swoim pędzie nawet nie zauważałam, że zmieniają się pory roku. Próbowałam go wciągnąć w swój świat. Ale on się nie dał. Na szczęście. Jedyne, czego go zdołałam nauczyć w tym czasie, to palenie papierosów. No cóż – nikt nie jest idealny. Na szczęście dziś żadne z nas już nie pali. Ale cały czas byliśmy tacy różni…

Podobno przeciwieństwa się przyciągają. No i my się przyciągnęliśmy. Na stałe. Wczesną wiosną 2007 roku się pobraliśmy. Późną jesienią urodziłam pierwszego syna.

myWtedy po raz pierwszy zmieniły mi się priorytety. Tym bardziej, że mały chorował i dużo czasu minęło, zanim lekarze postawili diagnozę, która okazała się nie tak tragiczna, jakby wskazywały na to badania. Okiełznaliśmy problemy i czas już było wracać do pracy. Wtedy urlop macierzyński trwał tylko 4,5 miesiąca. Do tego zaległy i bieżący urlop i… czas do pracy.

Wiedziałam, że już nie chcę wracać do tej korporacji.

Ale nie miałam pomysłu na siebie. Dostałam propozycję pracy w handlu. Dostałam stanowisko managerskie. Pomyślałam, że to nie taka typowa korporacja i że będzie lepiej. Spróbuję.

O, jakże się myliłam… Wielka, francuska sieć handlowa wysysała ze mnie całą energię, całą chęć do życia.

Pracowałam znów po kilkanaście godzin dziennie. W nocy też, a jakże. Efekty w postaci kolejnych awansów wcale mnie nie cieszyły.

Liczyłam na to, że w rodzinie znajdę przeciwwagę i spokój. Tak też było. Zaszłam w kolejną ciążę. W tym samym czasie awansowałam na stanowisko dyrektorskie i dostałam swoją placówkę. Pomyślałam, że na początku wszystko sobie poukładam w nowym miejscu, a potem spokojnie pójdę na zwolnienie i wszystko będzie dobrze.

Nie zdążyłam. Akcja porodowa zaczęła się w pracy. Na długo przed tym zanim dziecko mogłoby spokojnie przeżyć samodzielnie, czy nawet pod aparaturą medyczną. Natychmiastowy wyjazd do szpitala nic nie dał. Porodu nie udało się już zatrzymać.

Ból był tak odziecigromny, że zamiast dać sobie szansę na przeżycie go – wróciłam do pracy. Zapadłam na ciężki pracoholizm, który skończył się depresją. W międzyczasie zostałam zwolniona, ponieważ mój ówczesny przełożony przestraszył się, że znów mogę zajść w ciążę.

Depresja to trudna choroba. Wygrzebałam się dzięki lekom, mężowi i synowi. Stanęłam na nogi, ale nie chciałam i nie mogłam pracować. Po raz kolejny zmieniły się moje priorytety. Chciałam żyć dla mojej rodziny. I być dla nich. Po prostu.

Powoli moje życie wracało do normy. Właśnie wtedy zaczęłam się interesować rozwojem osobistym. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam określać siebie. Swoje potrzeby. Swoje plany. Siebie, jako kogoś, kto jest nie tylko żoną i mamą.

W tym czasie pracowałam dorywczo – po to, by wyjść na trochę z domu i zarobić na swoje przyjemności. Zaszłam w kolejną, bardzo trudną ciążę. Nie było łatwo, ale w lutym 2012 roku urodziłam syna.

Nasza rodzina się rozwijała. Kwitła. A jednak ciągle mieszkaliśmy w centrum Poznania i to mnie drażniło. Fajnie się mieszka w centrum, kiedy wieczory spędza się na Starym Rynku i wraca się do domu w kilka minut na piechotę. Kiedy do pracy ma się rzut beretem. Albo choćby do węzłów komunikacyjnych.

Ale kiedy ma się małe dzieci i chce się wyjść na plac zabaw, to już tak wesoło nie jest. Podwórko nie nadawało się do zabawy. W związku z tym każde wyjście to była wyprawa na pół dnia. Oczywiście – w tym czasie obiad nie ugotował się sam… O ile mężowi to nie przeszkadzało, to dzieci potrzebują regularności posiłków.

spacer z tataKiedy więc Irys przebąkiwał coś nieśmiało o córce, powiedziałam, że OK, możemy spróbować. Ale centrum miasta to nie jest dobre miejsce dla trójki małych dzieci.

Przedyskutowaliśmy to, przemyśleliśmy wszystkie „za” i „przeciw” i postanowiliśmy wyprowadzić się z Poznania.

Decyzja ostatecznie zapadła w maju. Wiedzieliśmy, że musimy się pospieszyć, bo nasz syn od września miał zacząć szkołę. Pamiętałam jak źle się zmienia szkołę, więc postawiliśmy wszystko na jedną kartę i wystawiliśmy mieszkanie na sprzedaż.

Udało się. W ostatnim tygodniu sierpnia 2013 roku zamieszkaliśmy na wsi. W przepięknych Borach Tucholskich. W domu z podwórkiem. Adoptowaliśmy psa.

A najważniejsze było to, że w międzyczasie zaszłam po raz czwarty w ciążę. I w lutym 2014 urodziłam wymarzoną córeczkę.laka

Przeszłam naprawdę długą drogę. Wróciłam na wieś. Zrozumiałam, że właśnie tu czuję się najlepiej. Mój mąż także – POMIMO, że urodził się i zdecydowaną większość życia spędził w Poznaniu.

Czy od tego czasu jest u mnie sielsko, anielsko i nie ma problemów? Nie. Są. Duże i małe. Małe ciągle plączą się pod nogami. A i ogromny kryzys też przeżyliśmy, kiedy nasz dwuipółletni syn spuszczony z oczu na chwilę (przewijałam córkę), poszedł prosto do lasu. Dzięki Bogu odnalazł się po trzech godzinach cały i zdrowy. 

O tym jak żyję na wsi, z trójką dzieci piszę dwa razy w miesiącu na swoim blogu. Piszę również o swoim rozwoju. O swoich doświadczeniach. O tym jak się organizuję. Jak organizuję życie całej rodziny.

Zapraszam Cię zatem do lektury.

A jeśli chcesz ze mną porozmawiać – pisz do mnie śmiało.

A na koniec – Natalia Trzeciak napisała dla mnie / o mnie wierszyk. Dziękuję Natalia!

ja z dziecmi 

Dzieje Magdaleny – źródłem mojej weny!
Powiem Wam w sekrecie coś, czego nie wiecie.
Otóż Magda, mili, od pierwszutkiej chwili,
Wsi -och! – nie lubiła, gdzie z przymusu żyła.
Pośród wiosek stada, rosła, choć nierada.

Gdy zaś dziewiętnaście wiosen zaświtało
Rwała Magdalena ku miastu, a śmiało!
Pełna dobrej woli, chęci, ideałów
Stała się mieszczanką.

Co się potem stało?
Nigdy nie zgadniecie,
ale w korpoświecie
Bywa…

Różnie bywa,
Magda coś tęskliwa,
Choć mężyk, choć dziatki –
ciągnie ją do chatki,
własnej, ciepłej, cichej,
gdzie lipy nieliche,
gdzie zboża są kłosy –
i gdzie sianokosy.

Serce tęsknie kwili –
Magda ani chwili
dłużej już nie zwleka,
i na wieś ucieka.

Taka Magdy droga –
tu motyl, stonoga
sarny w polu ślady,
zimą śnieżne kłady,
latem tu, tam cienie
i srebrne promienie.

Kwitną tu uśmiechy,
a nad nimi strzechy.
By skrzydła rozwinąć potrzeba odwagi
Serca i rozumu żywej równowagi

Jeśliś sama w kropce, skrzydła Twe zwinięte
Niechaj Magdy przykład stanowi zachętę!